Pseudofilozoficzny słowotok: recenzja filmu "Na srebrnym globie"


"Na srebrnym globie" to film Andrzeja Żuławskiego z 1977 roku i 1988 roku, zakazany przez władze PRL. Zapewne jedyna partia w kraju nie chciała by obywatele w kinie włączyli jakiekolwiek myślenie, bo do zrozumienia tego filmu potrzebny jest chyba współcześnie mega komputer jak z ostatnich jego scen, dodatkowo wspomagany sztuczną inteligencją.

Najpierw o pozytywach w filmie, czyli o kostiumach. Są one na miarę "Diuny" Davida Lyncha z 1984 roku i z pewnością zasługiwały na nominację do Oscara w tej dziedzinie. Forma kostiumów jest przeróżna i zachowuje ciemną, spójną tonację kolorów. Szernowie nie mają cech stricte ptasich, ale zachowują kosmiczną formę ptaka, widz też nie wie czym jest pulsujący zielony orb w ich głowie. Otóż to ich trzecie oko, które ma spore znaczenie w fabule książki.

Wiele z wydarzeń w filmie można zrozumieć jedynie po przeczytaniu streszczenia oryginałów książek Jerzego Żuławskiego. Nawet te wstawki z kościołów i ulic Warszawy z czasów PRL nie wyjaśniają poprawnie wydarzeń, które widzimy na ekranie. Im dalej w film tym wydarzenia są coraz bardziej pogmatwane i niezrozumiałe, dosłownie postacie zachowują się jakby poprzez chów wsobny nabawiły się niezliczonej ilości chorób psychicznych.


Jeszcze na początku filmu aktorzy deklamują swoje myśli w sposób zrównoważony, ale z czasem przeradza się to w krzyk i każde słowo jest krzykiem, przecież nikt normalny albo i nawet prymitywny się tak nie zachowuje, nawet małpy nie krzyczą na siebie przez cały czas. Jedynym ukojeniem jest stonowany głos Szerna, ale nie trwa to zbyt długo. Można zrozumieć dlaczego Szernowie niewolili to ludzkie pokolenie i dążyli do ich dominacji.

Pod koniec filmu nie wiadomo nawet co Marek trzyma w ręce jako "pistolet", a jest to urządzenie, które potrafi zlikwidować jakąkolwiek materię w mgnieniu oka. Generalnie film powinien zostać zrealizowany ponownie z wysokim budżetem i mniejszym wypukleniem dialogów lub powinny one być skonstruowane tak, by przekazać ideę książek w prostszej formie. Ta idea jest bardzo podobna do losów Paula Atrydy, który stał się Bogiem wśród Fremenów na pustynnej planecie i nie mógł utrzymać tej pozycji bez wywołania wewnętrznej przeczności z samym sobą.

Nie wiadomo również dlaczego obok Jacka znaleźli się podobni plemienni ludzie (również jeżdżący na koniach), do tych z pierwszej epoki ludzi księżycowych, ale różni od tych których zastał tam Marek. Tu właśnie brakuje bardzo ważnej sceny, bo plemienni ludzie przylecieli na Ziemię właśnie z Księżyca. Jerzy Żuławski opisał to zdarzenie w trzecim tomie "Stara Ziemia". W filmie brakuje również wielu rozważań z tej książki na temat celu sztuki, ogłupionych mas niewrażliwych na prawdziwą sztukę, słuchających muzyki tylko z powodu wyglądu celebrytek. Jeżeli absurdalna scena z samochodem miała zastąpić te rozważania, to jeszcze bardziej pozostawię ją bez jakiegokolwiek komentarza.

Jerzy Żuławski pisał swoje książki w latach 1910-1914, czyli 55 lat wcześniej niż Frank Herbert swoją "Diunę", ale podczas oglądania filmu Andrzeja Żuławskiego można odnieść wrażenie, że to on starał się skopiować wiele rzeczy od tej innej historii sci-fi zrodzonej w USA (co oczywiście nie jest prawdą).


Ocena: 6 orłów na 10


Komentarze