Przerost formy: recenzja filmu "Akademia Pana Kleksa"


"Akademia Pana Kleksa" to film z 2023 roku w reżyserii Macieja Kawulskiego według scenariusza Krzysztofa Gurecznego i Agnieszki Kruk. Tym razem akademia nie jest już tylko dla chłopców, a Adaś z Polski staje się nowoczesną Adą z Nowego Jorku. Również polskie dzieci zastąpione zostają aktorami z całego świata byle nie z Polski, bo po co dawać pracę młodym polskim aktorom, trzeba zadowalać innych tylko nie Polaków. Akurat to twórcom się udało i po pół roku odbioru filmu dostał on średnią notę 4/10 wśród krytyków i 5/10 wśród publiczności.

W filmie bazowanym na bajce polskiego Jana Brzechwy nie pokazano również ani razu jakiejkolwiek sceny w Polsce. Oczywiście oprócz scen kręconych w pięknych polskich krajobrazach w "świecie bajki", których chyba zabrakło wokół amerykańskiego Nowego Jorku.

Największym mankamentem filmu jest jednak montaż wyjęty wprost z reklamówek i nie chodzi tu o foliowe torby, ale marketingowe chwyty, które powinny iść precz od kinematografii. Za zdjęcia biorą się absolwenci, którzy w szkołach nastawieni są na wolnorynkowe tworzenie dzieł pod studia marketingowe i tam powinni zostać, bo realizacja zdjęć do pełnometrażowego filmu powinna oscylować w obrębie sztuki, a nie tanich psychologicznych manipulacji na widzu. Dlatego właśnie w początkowych scenach wrzucone są tu reklamy typu InPost, Steakownia lub Lego. Wygląda na to, że to również korporacje miały swój udział w spapraniu tego filmu.

Atutem tej wersji "Akademii" jest jedynie gra aktorska Tomasza Kota, Danuty Stenki i Piotra Fronczewskiego oraz widoczna ciężka praca scenografów, którzy stworzyli bardzo ciekawe rekwizyty i wypełnili proste pomieszczenia elementami fantasy. Zastosowane CGI czasami przewyższa to z amerykańskich seriali (typu "She Hulk") lub niektórych filmów (typu "Flash") ze znacznie wyższym budżetem, który przeznaczany jest głównie na wybujałe wynagrodzenia aktorów z Hollywood, zamiast na pracę grafików komputerowych. Jak widać w Polsce również da się tworzyć efekty specjalne światowej klasy.

Nie wiem czy winić Sebastiana Stankiewicza czy twórców jego postaci, ale ptak Mateusz jest po prostu czymś ordynarnym i nie da się polubić tej postaci. Wystarczy raz powiedzieć, że ptaki czegoś nie kontrolują i może byłoby to śmieszne, ale przy szóstej próbie jest to już tylko irytujące. Historia księcia Mateusza jest płytka i nieinteresująca, ot przypadek i tyle.

Albert to zwykły chłopiec z długimi włosami i nigdzie nie jest wspomniane, że jest to osoba niebinarna jak Hunter Schafer (pewnie nim się twórcy inspirowali), ale sporo krytyków podłapało tą aluzję i zaczęło ją forsować w internecie. Co do losów Alberta to są zupełnie niewytłumaczalne przez pryzmat logiki i powinno to być zrealizowane zupełnie inaczej.

Muzyka to aspekt pół-na-pół. Wardruna pasuje do Wilkusów, a elektroniczna muzyka do Akademii? Nie wiem... raczej nie, a przynajmniej nie ta wyciągnięta z tanich spotów reklamowych. Myślę, że ludzie w kinie czuli się jakby oglądali 2-godzinny trailer, a ludzie przed ekranem z Netflixa, chyba powinni się spodziewać jaki rodzaj polskiego filmu ujrzą na tej platformie w 2024 roku.


Ocena: 5 orłów na 10


Komentarze