Tajlandzkie serpentyny: recenzja filmu "Klątwa Doliny Węży"



"Klątwa Doliny Węży" to film z 1988 roku w reżyserii i według scenariusza Marka Piestraka, nakręcony na podstawie opowiadania Wiesława Górnickiego (Roberta Strattona) "Hobby doktora Travena". Bernard Traven (Roman Wilhelmi) kradnie w 1954 roku ze świątyni w Tajlandii starodawny manuskrypt, który po 30 latach powierza do odczytu polskiemu profesorowi z uniwersytetu w Paryżu.

W 2014 roku Mietczyński "sprzedał" mi to dzieło w swojej recenzji jako coś niesamowicie beznadziejnego, ale stwierdzam po seansie, że nie jest to prawdą i myślę, że wielu Polaków nadal ma przez to złe skojarzenia z tym filmem. Generalnie film Marka Piestraka nie odbiega od tych realizowanych w podobnych latach w USA. Same przybliżenia w kadrze są typowym zabiegiem lat 80, co przez nowoczesnych odbiorców może być odbierane za komiczne. Można to dzieło spokojnie porównać do "Piątek trzynastego VII", "Szczęki 4" czy "Superman IV". Oczywiście nie jest to poziom "Predatora" z 1987 roku lub "Hellraisera", ale jak na polskie standardy jest to całkiem niezły przygodowy sci-fi thriller (nie horror). 

Dziwicie się, że w amerykańskich filmach każdy musi mówić po angielsku, a raczej się nie dziwicie, to tutaj każdy Francuz i Laotańczyk mówi po polsku.

 Mamy "Komnatę Tajemnic" w domu

Najgorszym wątkiem moim zdaniem jest "śledztwo" dziennikarki, która jako jedyna zainteresowała się śmiercią na uniwersytecie. Węże atakujące gabinet na Sorbonie mogłyby być trochę bardziej groźne dzięki zastosowaniu CGI, ale to chyba temat na jakiś potencjalny remake w przyszłości. W filmie pojawiają się też efekty praktyczne w postaci ogromnego węża i ręki robota w laboratorium.

Minusy filmu, które można naprawić dzięki nowoczesnej rekonstrukcji cyfrowej:

  1. szum audio w scenach bez dźwięku
  2. zbyt duży kontrast barwny i rysy na klatkach
  3. regulacja głośności dialogów

Ocena: 5 orłów na 10

Komentarze